
Dziś nastał jeden z moich ulubionych dni w roku. Oto po raz kolejny, już siedemnasty, gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I nie, nie mam nic przeciwko samej imprezie. Ba, jestem całym sercem za nią.
Bawi mnie co innego. Postawa Kościoła. Już w dzieciństwie, a więc kilkanaście lat temu dziwiło mnie to, że tak wielka instytucja nawet raz w roku nie potrafi nie działać samolubnie. Zastanawiam się, czy będzie mi dane usłyszeć kiedykolwiek „dzisiejsza taca przeznaczona jest na potrzeby WOŚPu”…
Wolontariusze marzną, tracą zdrowie by zbierać pieniądze. A starsi ludzie, spaczeni pewnym radyjkem, zachowują się jak dzieci, byle tylko przeszkodzić, uprzykrzyć im życie. Katolicyzm jest ponoć religią pełną miłości do bliźniego. A tymczasem mam wrażenie, że dla księży ważne są tylko chwile narodzenia (kasa za chrzest), komunii i bierzmowania (a to jakieś obrazeczki, książeczki i inne pierdoły się wciśnie), ślubu i pogrzebu (bo i to darmowe nie może być). Aha… no i nienarodzone płody…
Kto by się przejmował dziećmi z nowotworami? Lepiej jest po raz kolejny zbierać na witraże w nowej kaplicy czy zmianę koloru dachu na plebanii. Przecież bez tego żyć nie można…
Coś w tym jest ;)