House M.D. – serialowy fenomen

House M.D.

Jestem bestią z natury wybredną. Mało który serial miał okazję wciągnąć mnie na tyle, bym śledził go odcinek po odcinku. Poza obejrzanymi za czasów matury dziewięcioma sezonami Z Archiwum X, w ostatnich miesiącach były to: Prison Break (z szacunku dla czytelników nie użyję polskiego tytułu), Terminator: Kroniki Sary Connor i… House M.D. O dwóch pierwszych przeczytacie innym razem, jako że ich poziom waha się z tygodnia na tydzień. Dziś zaś o prawdziwym fenomenie, jaki stanowi pewien nietypowy lekarz i jego ekipa diagnostyczna.

W ramach wstępu: House M.D., znane u nas jako Dr House i emitowane przez telewizyjną „Dwójkę”, jest serialem stworzonym przez Davida Shore’a, a wyprodukowanym przez tegoż we współpracy z Bryanem Singerem. Głównym bohaterem serii jest Dr Gregory House (w tej roli brytyjski aktor Hugh Laurie), dość cyniczny geniusz medycyny, kierujący własnym oddziałem diagnostycznym w fikcyjnym szpitalu Princeton-Plainsboro. Przez poszczególne odcinki mamy możliwość oglądania kolejnych ciężkich do rozwiązania przypadków, a przy okazji śledzenia losów kilku innych lekarzy: Jamesa Wilsona (zagranego przez Roberta Sean Leonarda), onkologa, a prywatnie jedynego prawdziwego przyjaciela House’a; trójki należącej do ekipy diagnostycznej Gregory’ego – Roberta Chase’a (Jesse Spencer), Allison Cameron (Jennifer Morrison) oraz Erica Foremana (Omar Epps); oraz przesympatycznej administrator szpitala, Lisy Cuddy (Lisa Edelstein).

House M.D. zostało dość gorąco przyjęte przez krytyków, a od czasu swej premiery wciąż zyskuje wysokie noty. W okresie jego emitowania w latach 2007-08 w Stanach Zjednoczonych, produkcja była najpopularniejszym serialem emitowanym w telewizji. W starciu z innymi typami produkcji telewizyjnych, większą oglądalność miały tylko: American Idol oraz Dancing with the Stars. Perypetie House’a otrzymały też kilka nagród i nominacji, w tym Primetime Emmy Awards, Golden Globe Awards czy Peabody Award.

Za najciekawszy element serialu uważam wszechobecne w nim nawiązania do popkultury. Twórcy Dr House nie ukrywają, iż ich inspiracją dla stworzenia tej produkcji były przygody Sherlocka Holmesa, bohatera powieści i opowiadań kryminalnych autorstwa Sir Arthura Conan Doyle’a. Podobieństwa i aluzje można odnaleźć na przestrzeni wszystkich przedstawionych historii – i House, i Holmes nie akceptują spraw, które uważają za nudne i zbyt proste. Obaj w dużym stopniu korzystają z zasad psychologii, mieszkają w apartamencie o adresie 221B, grają na jakimś instrumencie (Sherlock na skrzypcach, Gregory zaś na gitarze i pianinie), a przede wszystkim obaj mają swe uzależnienia – detektyw nadużywa kokainy, podczas gdy lekarz środka przeciwbólowego, Vicodinu.

Innych nawiązań do przygód Holmesa jest pełno – chociażby w książkach, jakie otrzymuje House czy w postaci Irene Adler (jest to przy okazji moim zdaniem jedna z najlepiej odegranych scen przez Roberta Sean Leonarda!). Ale uważne oko zauważy na przykład: hasło „VOTE FOR CHANGE ’08″, naklejone w toalecie i sprytnie nawiązujące do kampanii Baracka Obamy; słowa „Well, you can’t always get what you want…” jasno odnoszące się do utworu The Rolling Stones; serial Blackadder (Czarna Żmija) obecny na liście ulubionych filmów House’a (Hugh Laurie zagrał tam jedną z ról). Za najciekawszą z aluzji uznaję odcinek (4×04), gdzie Gregory, testując grupę lekarzy, bawi się w Charliego i nazywa zespół „Aniołkami”. Wszechobecnych nawiązań jest ogrom – nie sposób wymienić je tu wszystkie. Z resztą, czym byłoby oglądanie, gdyby nie przyjemność z ich odkrywania samemu? :)

Za olbrzymi plus serialu uważam ścieżkę dźwiękową, w ramach której pojawia się sporo licencjonowanych kawałków. Można powiedzieć, że House jest pasjonatem muzyki. Słucha klasyki, hitów lat siedemdziesiątych, jazzu… Mile zaskakują takie utwory, jak Baba O’Riley w wykonaniu The Who, Waiting on an Angel Bena Harpera, Are You Alright? Lucindy Williams, Gravity Johna Mayera czy I Don’t Like Mondays The Boomtown Rats. Zapewne nie każdy gustuje w takich klimatach – ja w głównej postaci odnalazłem kogoś o upodobaniach podobnych do moich ;)

Właśnie przekonania, system wartości Gregory’ego House’a, uważam za kolejny z głównych elementów stanowiących o sukcesie serialu. Jest on osobą, którą – jak podejrzewam – wielu z nas chciałoby zostać. Nie dba o to, co mówią inni. Robi to co uznaje za słuszne, a przy tym wierzy głęboko w to, do czego dochodzi. Zna swoje zdolności i jest gotów zaufać przeczuciu, nawet gdy zachodzi ryzyko popełnienia błędu kończącego się śmiercią. Nagina zasady, często łamie je, ale przez to jego skuteczność wzrasta. Na pozór nieczuły, jest outsiderem, który toczy wewnętrzną walkę z samym z sobą. Pośród ludzi jest tak naprawdę samotny, mogąc liczyć tak naprawdę tylko na Wilsona. I chyba tego też możemy mu zazdrościć – jednego, ale naprawdę zaufanego przyjaciela. Należałoby tu odnieść się do charakterystycznego stwierdzenia głównego bohatera – „Wszyscy kłamią” – jednak pozwolę sobie zostawić je na oddzielną notkę.

Za istotny element w rozwoju serialu uważam wprowadzenie nowych postaci, jakie nastąpiło w czwartym sezonie. Lekarze Remy „Trzynastka” Hadley (śliczna Olivia Wilde!), Chris Taub (Peter Jacobson) oraz Lawrence Kutner (Kal Penn) – z perspektywy budowania fabuły – okazali się strzałem w dziesiątkę. Internistka, chirurg plastyczny i specjalista medycyny sportowej wnoszą powiem świeżości, a ich problemy i dobrze ukrywane tajemnice nieraz budzą uśmiech na twarzy. Ściga ich przeszłość, w każdym przypadku inna, a rozwiązania bywają zaskakujące. W piątym sezonie twórcy dobrze rozwinęli każdą z tych postaci – liczę, że w nowych odcinkach jeszcze nieraz „strzelimy karpia” odkrywając kolejne elementy układanki.

Dziś w Stanach zadebiutuje dwunasty odcinek piątego sezonu. Serial powróci do emisji po przerwie, jaką każda produkcja zaliczyła na okres świąteczno-noworoczny. Osobiście nie oczekuję, by był on lepszy. Jeżeli poziom, zaprezentowany chociażby przez ostatnie odcinki wyemitowane pod koniec ubiegłego roku, zostanie zachowany – myślę, że każdy z widzów będzie zadowolony. Tych, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z serialem, gorąco zachęcam. Pozostali albo właśnie nałogowo oglądają po kilka odcinków dziennie, albo też – tak jak ja – czekają z utęsknieniem na nowe. Jest na co, prawda? :)

***
Informacje do akapitów 2 i 3 zostały zaczerpnięte z opisu serialu, opublikowanego w angielskiej wersji Wikipedii.

6 myśli nt. „House M.D. – serialowy fenomen

  1. słyszałam o tym. Aktor przyciąga uwagę ;) Jak znajdę czas to na pewno obejrzę. Za dużo ludzi poleca :)

  2. popieram w zupełności:) podejrzewam,że moja siostra (na lekarskim) jeszcze bardziej, ponieważ wchłania go w zaskakującym tempie:D

  3. No, w końcu i ja chyba będę musiała zaznajomić się z panem Housem :) Po takim wprowadzeniu, grzechem byłoby zignorować tę wszem i wobec zachwalaną pozycję wśród amerykańskich seriali :)

  4. Intrygujące medyczne zagadki, zabawne dialogii, ciekawi bohaterowie i przede wszystkim postać House’a (czy tylko ja podkochuję się w Hugh? ^^’ ) – serial skazany na sukces.

Odpowiedz na „GosiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam Protection by WP-SpamFree